|
Nie wystarczy mieć certyfikat w kieszeni i uchodzić
za płetwonurka. Poszliśmy za ciosem i gromadnie zapisujemy się na wszelkiego
rodzaju wyprawy – Zimnik każdy miał okazję zwiedzić, zatem przyszedł czas na
nieco dalsze (i atrakcyjniejsze nurkowo) wyprawy.
Zobacz galerię
Piątek
08.08 2009 tuż po godz. 18 w siedzibie klubu „Zorba”.
Zaczyna
się ruch. Ludzie wchodzą, witają się, śmiechy, sprawdzają, kto jedzie do Horki,
kto do Zakrzówka. Pobierają sprzęt. Wygląda na to ,że jest dużo chętnych na
niedzielną eskapadę. Nasza ekipa dogaduje sprawy ubezpieczenia(wykupi je dla
nas Beatka, za co stokrotne dzięki). Pada godzina wyjazdu - 6.30. Ja i Adam
niestety wcześniej 6.10. Jeszcze tylko butle - lecę na dół, ale Luźny zdążył je
już wtaszczyć na górę (wieeelkieee dzięęękiii, uff !!!).
Niedziela
10.08 2009 godz.5.00, dom.
Co to za
okropny dźwięk? Niech ktoś to wyłączy!!! Budzik, komórka i radio to za wiele!!!
Ja chcę spać!!! Wstaję, szybkie
śniadanie i w drogę. Bagażnik mam spakowany. Jeszcze tylko po sprzęt do klubu. Tam
już czeka Adam. Ładujemy jego plecak i całą resztę sprzętu, i pędzimy na
Brochów do szpitala po Krzyśka, który czeka już na nas. Telefon - to Jurek
Sawicki- umawiamy się na wjeździe na autostradę na Bielanach. Wszyscy już tam są
– razem z naszym to 6 samochodów. Formujemy konwój i jazda. Droga mija szybko,
choć z tęsknotą spoglądamy na gotową, ale ciągle nieoddaną do użytku
autostradę, którą moglibyśmy wygodnie jechać do granicy. Jeszcze tylko małe co
nieco w Bolesławcu (tu dołącza kolejny samochód - jest nas 7 aut) i po jakiejś
godzinie z okładem jesteśmy na miejscu.
Horka.
ok. 12.00
Uiszczamy
opłatę 6 euro, krótka odprawa. Jurek wyznacza zespoły nurkowe, ostatnie
ustalenia kto z kim i o której godzinie. Ja jestem w grupie z Jackiem Barcickim
i Grzegorzem. Mamy trochę czasu na przygotowanie się. Jest gorąco.
Zielona,
równo skoszona łąka, czysty kibelek, grill do dyspozycji – pełna kulturka.
Polacy, Niemcy, jacyś Czesi - sami nurkowie.
Ubieram
się. O kurczę! Coś mi za lekko! Pas balastowy ?! Leży pod nogami. Nie da rady,
trzeba się schylić. Uff! Mam go.... , maaam gooo !!! No to teraz trzeba
założyć, a tu na grzbiecie cały sprzęt. Nie jest łatwo. Czuję jak pot leje mi
się po plecach. Przed oczami latają mroczki. Na szczęście jest Beata ( niech jej
szczęście sprzyja).
Nareszcie
idę po schodach w stronę wody. O niczym innym nie marzę, tylko żeby się
zanurzyć. Prawie słyszę jak syczy rozpalona pod pianką skóra. Uff!!!
Jest
pięknie, woda przejrzysta . Czysta przyjemność. Na dnie znajdujemy resztki
rekina, figurkę sympatycznego Krecika i nawet dość duże ryby (przypatrują się
nam obojętnie). Czas upływa szybko. Co? Już wynurzamy się? Ja chcę jeszcze raz!
Horka. ok. 15.00.
Pakujemy
się. Wymieniamy wrażeniami. Dowiaduję się , że niektórzy chcieli iść pod wodę bez napędu (płetwy), a
rekordziści prawie bez powietrza (100 atm ). No to nie jest ze mną tak źle ,
myślę sobie. Jeszcze tylko fotka i wracamy. Po drodze wspólny obiad .
Siedziba
„Zorby”, późny wieczór.
Wymieniamy
butle na pełne. Sprawdzamy sprzęt, bo jutro Zakrzówek.
Poniedziałek
10.08 2009 godz. 6.30 Klub Zorba
Jest już
Jurek Perczyński, Mikołaj, Adam, Beata i Luźny trochę się spóźniają, więc
kontrolnie sprawdzamy czy wstali. Całe szczęście już dojeżdżają. Całkiem sprawnie
ładujemy się w siódemkę do dwóch do samochodów i w drogę.
Zakrzówek-Kraków,
tuż po 10.00
Uiszczamy
opłatę, dostajemy klucz od bramy. Wjeżdżamy na teren kamieniołomu i staję jak
wryta. Słońce odbija się od białych ścian kamieniołomu i lazurowej, czystej
wody. Gorąco. podziwiamy pływające przy brzegu ryby (okazy w rozmiarze
spożywczym) i zabieramy się do wyładowywania sprzętu. Pełen komfort. Wiaty tuż
przy brzegu, pod nimi ławki , wszędzie równiutki i czysty beton, kawałek dalej
przebieralnie, a gdzieniegdzie stoją grille. Ustalamy ostatnie szczegóły i pod
wodę. Płyniemy w luźnym szyku po 3 i 4 osoby. Widoczność doskonała. Furorę robią
podwodne lustra (wychodzą z nas narcyzy?). Mamy też sytuację lekko awaryjną, bo
Luźnemu pęka pasek od płetwy, ale chłopak daje radę – za pomocą noża i zwisającego
kawałka poręczówki, który odcina, robi sobie prowizoryczny pasek. Z innych
atrakcji podziwiamy nyskę, trabanta, łódki (które bynajmniej nie leżą na dnie),
zaglądamy pod platformą, gdzie życie kwitnie i ryb jest od groma. Dopływamy do
tablicy papieskiej. Tutaj pracował w czasie wojny późniejszy papież Jan Paweł
II. Powietrze co niektórym kończy się w butlach, czas wychodzić z wody.
Sprawnie
pakujemy się i znowu w drogę. W zasadzie nie trzeba było namawiać Jurka na
drugiego nurka ;-) Jedziemy więc do Jaworzna. Chcemy obejrzeć zatopione koparki.
Na miejscu (tu tak samo porządna baza z wiatami tuż nad wodą z wygodnym
zejściem na pływające pomosty) ładujemy butle, przebieramy się i hop do wody.
Znowu jestem pod wrażeniem. Woda czysta i bardzo przejrzysta. Zatopiona,
potężna maszyna niczym z filmów SF. Myszkujemy wokół i w środku maszyny. Przez
chwilę szukamy drugiej koparki, bo poręczówki są pozrywane. Jurek decyduje, że
wypłynie z nami na powierzchnię i sprawdzimy, gdzie jesteśmy. Ci, którzy
zostali na dole doskonale nas widzą (na 17 metrach) i płyną tam, gdzie my.
Druga jest większa – robimy sobie wspólną fotę w jej łyżce i znowu zaglądamy,
gdzie się da. Pojedyncze ryby łypią na nas oczami. Wynurzamy się. Już? Co tak
szybko ?! Wyjście z wody ułatwiają drabinki i pomosty. Przed nami droga
powrotna. Wpadamy na posiłek i mimo ostrzeżeń Jurka bierzemy mega pizzę.
We
czworo zjadamy zaledwie 1,5 kolosa, resztą dzielimy się sprawiedliwie. Do
Wrocławia docieramy późnym wieczorem.
Dziekuję
za pomoc Beatce, Jackowi Hońdzie , Romkowi i Luźnemui, za pomysł wyjazdów Jurkowi Sawickiemu, Beatce i
Krzyśkowi . Wszystkim za super zabawę w super atmosferze.
Nurek Żółtodziób
Tekst: Dorota Koczela
Fotografie do galerii wykonali Beata Nawrotkiewicz i Maciej Cepin
|