|
Nie ma
nic lepszego niż uciec od przygnębiającej listopadowej aury do ciepłego Egiptu,
zanurkować w Morzu Czerwonym i poznać podobnych sobie zapaleńców.
Zobacz galerię
Galeria Nautica Kraków
Powoli wyprawy na koniec roku wchodzą nam w krew, a ponieważ
CTP Nautica z Krakowa organizuje te wyjazdy wyśmienicie, korzystamy z nich
chętnie.
Zaczęło się od nocnej podróży na trasie Wrocław – Warszawa,
a ponieważ naszych miast nie łączy żadna porządna droga i mając w pamięci,
że przygody lubią zaczynać się tuż za progiem
domu, wyjechaliśmy w sobotę wieczorem, by na szóstą rano zdążyć na Okęcie.
Szczęście nam jednak sprzyjało i już o drugiej rozkładaliśmy się na „wygodnych”
lotniskowych ławeczkach, a szczęściarze oddali się nawet w objęcia Morfeusza.
Odprawa bagażowa wlokła się niemiłosiernie, obsługa lotniska ciągle chyba
stała, a samolot już na nas czekał. Przebiegliśmy żwawo przez bramki, terminal,
sklepy duty free i już byliśmy na pokładzie. Tylko 4,5 godz. lotu dzieliły nas
od miejsca, w którym temperatura sięgała +30 st. C. Po przylocie formalności i
pokazywanie dziesiątkom panów swoich fotek w paszportach oraz odbieranie bagażu
pochłonęły kolejną godzinkę, podobnie zresztą jak dojazd do mariny. Ale
wreszcie byliśmy. „Nasza” Safy Mar już na nas czekała – zodiaki zabrały nas i
nasze bagaże z brzegu na łódź. Potem konfiguracja sprzętu, zajmowanie kajut, a
ponieważ tego dnia nie wypływaliśmy, była sposobność na poznanie się wzajemne. Ania
Rocka, nasza przewodniczka zadbała o to, by każdy choć raz odezwał się na forum
i nie tylko powiedział coś o sobie, ale i wymienił wszystkich, którzy zabrali
głos przed nim. Spora grupa Małgorzat, Katarzyn, Andrzejów i Krzyśków znacznie
ułatwiała sprawę poznania ;-) Ekipa mocna, nurkująca całkiem sporo, my
zostaliśmy grupowo razem i zostaliśmy przyporządkowani jako grupa numer trzy.
Pierwszy nurek, we wtorek, był swoistym poznaniem Morza
Czerwonego, jego wyporności (kieszenie i pasy pełne ołowiu), przejrzystości i
paru mieszkańców. Mała rafa Shab Marsa zapewniła godzinną rozrywkę na dobry
początek imprezy. Kolejne dni były do siebie bardzo podobne – zwykle
nurkowaliśmy cztery razy: o świcie (prawdziwym! tuż po 6 rano), po śniadaniu
(ok. godz. 9), po lunchu (ok. godz. 14), przed kolacją i to była już noc (ok.
godz. 18). Przez pierwsze dni nieźle wiało i bujało, a błędnik piszącej te
słowa wariował – jako jedyna z całej ekipy opuściłam dwa nurkowania, od samego
patrzenia w stronę morza robiło mi się niedobrze (a na łódce nie patrzenie na
morze jest, jak wiadomo, dość trudne). Ale potem się uspokoiło i mogliśmy w
siódemkę ponurkować. Tym razem obyło się bez niespodziewanych zmian trasy –
spokojnie krążyliśmy po rafach St Johns. Z samtajmsów,
perhabsów i mejbisów udało się nam spotkać rekina rafowego, dwa żółwie i sześć
delfinów oraz całą masę innych stworzeń, które urozmaicały nam pobyty pod wodą.
A siedzieliśmy pod tą wodą całkiem sporo – zdarzały się nurki i po 80 minut!
Czym wprawialiśmy w zdumienie pozostałych uczestników safari. Z przygód warto
odnotować nurka na Satayi. Ahmed, nasz egipski przewodnik, wyrysował miejsce
nurkowe – niezbyt dokładnie, ale co tam. Ładnie zaznaczył pobliski wraczek i
głębokość, na której leżał – między 18 a 30 metrów. No to idziemy. Podwieszona
na sąsiedniej łódce butla przy przystanku bezpieczeństwa wydała nam się
śmieszna, ale skoro chcieli uchodzić za twardzieli, którzy wydoją całe
powietrze na trzydziestu metrach, to nam nic do tego. Woda przejrzysta, wrak
średniej urody, termokliny brak i nagle odzywają się komputery. Patrzymy – 40
m, a jesteśmy ledwo w połowie długości kutra. W sumie głębokość przekraczała 50
m – spytany o ten fakt Ahmed odparł, że widocznie poziom wody się podniósł. Nie
przekonało nas to – oprócz egipskich 5 minut, mieliśmy więc i egipskie 18
metrów ;-)
Oprócz cudownych nurkowań, wieczorami mieliśmy szanse, by
poznać lepiej współuczestników wyprawy, z czego oczywiście ochoczo
korzystaliśmy. Ekipa różnorodna, więc i historie różne. Było między nami dwoje
nurków HSA – ze stowarzyszeniem spotkaliśmy się po raz pierwszy, z ciekawością
więc słuchaliśmy w jaki sposób nurkuje się z osobami niepełnosprawnymi, jakie
stawia się wymagania nie tylko im, ale przede wszystkim ich instruktorom.
Ostatnie 12 godzin w Egipcie spędziliśmy w hotelu Triton w
Marsa Alam. Opcja All-inclusive pozwalała najeść się do syta J, napić do oporu,
wygodne łóżka zachęcały do drzemki przed podróżą, animatorzy uczyli tańca
brzucha, w basenie woda była chłodna, ale prawie słodka, można było wziąć
normalny prysznic i nic nie cieszyło tak, jak standardowe korzystanie z toalety
J
Na lotnisku okazało się, że samolot ma godzinne opóźnienie.
Znowu koczowaliśmy na „wygodnych” ławeczkach lotniskowych, ale niestety – co
się odwlecze, to nie uciecze, trzeba było opuścić ciepły Egipt i przywitać
szarą, zamgloną i chłodną ojczyznę.
Tekst: Beata Nawrotkiewicz
|